Gdy Julianna przyszła na świat i zaczęłam czytać różne artykuły, czy wypowiedzi w Internecie, to często natrafiałam na stwierdzenia, że osoby z Zespołem Downa nie potrafią zachować się w miejscach publicznych. Chodzi o takie miejsca jak np. restauracje, kawiarnie, parki, czy place zabaw.

Wydaje mi się, że nie ma w tym nic dziwnego. Kiedyś osoby z Zespołem Downa rzadko zabierało się w takie miejsca, bo nie było dla nich akceptacji w społeczeństwie. Wyobrażam sobie, że wyjście w któreś z tych miejsc, wymagało bardzo wysokiej motywacji i samozaparcia, które pozwoliłoby zaakceptować wszystkie zaciekawione i pewnie czasem też nie do końca przychylne spojrzenia ludzi. 

Ale świat się zmienił. Mamy teraz więcej możliwości, a poziom akceptacji w społeczeństwie jest wyższy. Uważam, że powinniśmy z tego jak najwięcej korzystać! Zarówno dla siebie (po to, żebyśmy mogli żyć normalnie), jak i dla naszych dzieci. 

Jeśli chcemy, żeby osoby z Zespołem Downa umiały odnaleźć się w społeczeństwie, znać jego normy i reguły to musimy im pokazać, jak to społeczeństwo funkcjonuje. Podpatrując świat i ludzi, dzieci uczą się niesamowicie dużo. Jestem przekonana, że żadne zajęcia nie zastąpią uczestnictwa w prawdziwym życiu i konfrontowania się z realnymi sytuacjami społecznymi.

Powiem Wam szczerze, że nawet jak Juli była jeszcze bobasem, to bardzo dużo wychodziliśmy. Wolałam nawet zrobić jej trochę mniej zajęć, a mieć czas i siłę na wyjście z nią do kawiarni, restauracji czy zwyczajnie pobawić się z innymi dziećmi na placu zabaw.

Kiedyś to czułam, a teraz z perspektywy czasu wiem, że takie wyjścia to szereg wspaniałych korzyści. Oprócz tego, że Juli czuje się już naturalnie w takich miejscach, to jeszcze przysłuchuje się naszym rozmowom jednocześnie ucząc się języka. Ponadto czerpie bardzo wiele od naszych znajomych, czy innych dzieci, z których każdy jest inny i każdy daje jej od siebie coś innego. 

Często wspominam też jedną rzecz. Jak byłam w ciąży wyobrażałam sobie, że będę z Julianną chodzić na zajęcia muzyczne i ogólnorozwojowe. Już nawet wyszukałam konkretne miejsca, do których chciałabym ją zabrać. Pamiętam też, że jak Julianna przyszła na świat i okazało się, że ma Zespół Downa, to zaczęłam zadawać sobie pytanie, czy ja będę mogła z nią chodzić na takie zajęcia? Jak zareagują prowadzący? A jak zareagują inne mamy? Miałam w głowie mnóstwo pytań i wątpliwości. Finalnie poszłyśmy na te zajęcia i było cudownie. Wszyscy nas polubili i zaakceptowali to, że Julianna ma Zespół Downa. A przyjaźnie z tamtych zajęć trwają do dzisiaj.

Dlatego pamiętajmy – pozwólmy sobie na odrobinę normalności. Terapie są bardzo ważne, ale nie powinny zastąpić nam prawdziwego życia. Czasem warto zrezygnować z kolejnych zajęć, a zamiast tego spotkać się z rodziną, czy przyjaciółmi na wspólnym obiedzie, czy wyjściu do parku. Nie stanie się nic złego, a może się stać wiele dobrego. I dla nas i dla dzieci.

Oczywiście czasem trzeba zmierzyć się ze spojrzeniami ludzi. Ale myślę, że to my jako rodzice, chcąc tak bardzo, żeby nasze dzieci były akceptowane, często dopisujemy sobie w głowie, co myślą inni ludzie. A oni często wcale nie myślą źle. Mają pewnie jakieś refleksje, ale zakładajmy po prostu, że są one pozytywne, a będzie nam łatwiej :)!

Joanna Kobylińska-Andrzejak – Niepoprawna Optymistka ;)

niepoprawnaoptymistka.pl