Zostałam babcią w wieku 47 lat. Czy jestem młodą babcią? Trudno powiedzieć, są babcie starsze i młodsze, w każdym razie w dzisiejszych czasach babcie nie siedzą w bujanym fotelu robiąc na drutach, lecz zwykle są jeszcze aktywne zawodowo, więc nie jest łatwo zorganizować pomoc dla młodych w opiece nad dziećmi, kiedy każdy z członków rodziny ma jakieś obowiązki.

Był koniec kwietnia 2018 roku. Z niecierpliwością czekałam na krótki majówkowy urlop po wyczerpującym okresie rozliczeń podatkowych i innych rocznych sprawozdań, których terminy kumulują się w pierwszym kwartale, częściowo przechodząc na kwiecień. Już odliczałam dni do wyjazdu nad morze. Tymczasem Paulina podarowała mi upominek. Zastanawiałam się, co to za okazja, czy o czymś zapomniałam? Urodziny miałam w marcu, imienin jakoś szczególnie nie obchodzę, zresztą były kilka dni wcześniej. Biorę do rąk pudełko obwiązane białą wstążką, potrząsam – lekkie, coś delikatnie grzechocze. Otwieram, a tam maleńkie buciki…

Na urlopie był czas na refleksję, przemyślenia. Obserwowałam rodziny z małymi dziećmi i zastanawiałam się, jak to będzie. Czy przyjedziemy tu za rok całą rodziną? Spacerowałam promenadą i obmyślałam trasy, gdzie najlepiej będzie jeździć wózkiem.

Miałam kiedyś klientkę, wówczas 55-letnią emerytkę, pracującą nadal jako stomatolog. Ta pani przyznała mi z rozbrajającą szczerością, że cieszy się, iż nie ma dzieci, ponieważ kiedy widzi swoje koleżanki i znajome zachwycające się wnuczętami, to czuje się dużo młodsza od nich, bo nie jest babcią… 

Ja nigdy nie myślałam w takich kategoriach. Mam tyle lat, ile mam, albo na ile się czuję, czy też wyglądam. Bycie babcią to po prostu nowa funkcja społeczna, rola w rodzinie. Choć przyznaję: na początku żartowałam, że kiedy wnusio się urodzi, nie ma mnie nazywać babcią, lecz ciocią:)

To wspomnienie jest wciąż bardzo wyraźne, odtwarzam je w pamięci co jakiś czas, jak najlepszy fragment ulubionego filmu… Dzwonek telefonu wyrwał mnie ze snu, choć tak naprawdę nie wiem, jak i kiedy udało mi się zasnąć. Czy to środek nocy? Czy może poranek, pora wstawać? Znajduję telefon, wciskam ikonkę zielonej słuchawki. Słyszę pełen radosnych emocji głos Adriana, nic nie rozumiem, proszę, żeby powtórzył… „Kubuś! Kubuś się urodził!!!” Zaczynał się nowy dzień, na świecie pojawił się nowy człowiek. Był 6 grudnia 2018 roku, czwartek, Mikołajki…

Chciałam być w tym momencie w szpitalu, być przy córce, powitać wnuczka, ale to tak nie działa. Prawem ojca było uczestniczenie przy porodzie i pierwsze odwiedziny, więc czekałam cierpliwie na swoją kolej. Rano otrzymaliśmy SMS-a ze zdjęciem, którego z radością wysłaliśmy do naszej rodziny, przyjaciół i znajomych. Maleńki chłopczyk w niebieskiej poświacie inkubatora, nasz wnuczek… Łzy wzruszenia cisnęły mi się do oczu, niektóre niespostrzeżenie turlały się po policzkach. Taka maleńka istotka, kompletnie bezbronna. Taki cud, życie to cud…

Dopiero po południu mogłam odwiedzić Paulinę. Trzyosobowa sala, jedna młoda kobieta z płaczącym dzieckiem próbowała nakarmić je kolejną szpitalną butlą z mieszanką, żadnej pielęgniarki, która służyłaby młodziutkiej mamie radą, pomocą, dobrym słowem. Dobrze, że są teraz komórki, można zadzwonić np. do mamy… Oprócz mojej córki jeszcze jedna pacjentka bez dziecka, nie znam jej historii, nie wypytuję.

Pytam Paulinę, czy widziała swoje dziecko. Okazuje się, że nie… Ogarnia mnie wściekłość, ale uśmiecham się do córki i idę do dyżurki pielęgniarek. Pytam, czy mama może zobaczyć dziecko. „Ależ oczywiście, że tak, ale pani nie może”. Dobrze, dobrze. Proszę o czystą bieliznę i szlafrok dla córki. Szlafroka nie ma w magazynku, koszula za duża, ale dobre i to. Podomka Pauliny powędrowała do brudnika, żebym to wiedziała, kupiłabym jej i przywiozła, nawet dwie, albo trzy.

Odprowadzam córkę do oddziału noworodkowego. Z przeszkolonego przedsionka wychyla się pielęgniarka z pytającym wyrazem twarzy. Tak, tak, wiemy, tylko mama, babcia nie może wejść. Czekam. Przeczytałam wszystkie, nieliczne ulotki i plakaty na ścianach, spaceruję w tę i z powrotem, nawet nie ma żadnego krzesła, żeby usiąść, jedyne siedziska są na drugim końcu korytarza, przy wejściu na oddział. Minuty strasznie się dłużą. Nie jestem przyzwyczajona, żeby tak nic nie robić, nic nie móc zrobić.

Wreszcie wychodzi Paulina. Idzie powoli, wiadomo, wszystko ją jeszcze boli, ale za to na twarzy maluje jej się słoneczny uśmiech, a oczy błyszczą radośnie. Okazuje się, że ukradkiem wniosła do sali noworodkowej komórkę i pstryknęła kilka zdjęć. Pokazuje mi fotki, dumna, szczęśliwa mama… Patrzę na zdjęcie tego maluszka leżącego w inkubatorze, w poświacie ultrafioletu, oczka zamknięte. Niepokój ściska moje serce, coś jest nie tak, coś jest bardzo nie tak… dlaczego ma takie opuchnięte powieki? dlaczego oczka mu ropieją? Tak nie wygląda zdrowe dziecko… Głośno nic nie mówię, uśmiecham się do córki, łapię ją pod łokieć i pomagam dojść do jej sali.

Następnego dnia mamy do załatwienia kilka służbowych spraw w urzędach. Jadę razem z mężem. Rozpiera nas radość i oczekiwanie, mamy nadzieję, że wkrótce poznamy naszego wnuczka, że będziemy mogli wziąć go na ręce i przytulić… W centrum idziemy do pierogarni, gdzie robią pyszne, domowe pierogi. Planujemy szybkie drugie śniadanie i zabranie porcji dla pozostałych domowników na obiad. W międzyczasie dzwoni teść zaniepokojony, że Adrian nie odbiera od niego telefonu. Uspokajamy go, że pewnie wyciszył dzwonek, bo przecież pojechał do Pauliny i maleństwa do szpitala. 

Coś mi nie daje spokoju. Zwykle mam dobry kontakt z córkami, zwłaszcza wtedy, kiedy nie możemy być razem, a dzieje się coś ważnego. Jednak tego dnia nie miałam żadnej wiadomości od Pauliny, ani SMS-a, ani tym bardziej rozmowy. Wleczemy się w korku w drodze powrotnej. Próbuję się do niej dodzwonić, piszę SMS. Długo nic… aż w końcu dostaję wiadomość „Jedziemy do domu, więc wszystko opowiem”. Jak to do domu?… Druga doba życia Kubusia, o co chodzi, co się dzieje?…

W domu – wypakowaliśmy pierogi w styropianowych tackach… Pyszne, wspaniałe, ale odtąd będą miały dla mnie zupełnie nowe skojarzenia.

Dzień zimowy, grudniowy, bez śniegu, w miarę słoneczny i pogodny. Otwierają się drzwi. Wchodzą Paulina i Adrian. Nikt nic nie mówi, ale nasze postawy to wielkie znaki zapytania. Moja córka już w przedpokoju zaczyna wyjaśniać „Pewnie domyślacie się, że z Kubusiem jest coś nie tak?”…

Strach ściska mi serce… Dlaczego Paulina już jest w domu? Dlaczego bez dziecka ?…

„Lekarze mówią, że Kubuś ma zespół Downa”…

Oboje zaczynają szlochać, my też płaczemy… przytulamy mocno nasze dzieci, tylko tyle możemy teraz zrobić, tulimy i nic nie mówimy, bo w tym uścisku jest całe nasze wsparcie „Jesteśmy razem, jesteśmy z wami, będziemy…”

Po rozpaczy przychodzi czas na analizę. Próbuję sobie przypomnieć, co wiem o zespole Downa. Trzydzieści lat wcześniej, na lekcji biologii w liceum, genetyka była moją ulubioną dziedziną. Wtedy zdecydowanie łączono wrodzone wady genetyczne określane ZD z wiekiem matki, zwykle po 35 roku życia. Paulina ma 24 lata, jest zdrowa, dba o siebie. Przez całą ciążę była pod kontrolą ginekologa, co kilka tygodni miała USG. Miała też nieinwazyjne badania prenatalne i kolejne USG w szpitalu, gdy trafiła na podtrzymanie ciąży. Jak to, nikt niczego nie zauważył? O co tu chodzi?…

Na szczęście (i niestety) mamy teraz Internet i powszechny dostęp do wiedzy (nie zawsze niestety naukowo i praktycznie potwierdzonej). Każdy z nas z osobna wyszukuje informacje na temat zespołu Downa. Rzadko je konsultujemy, ale zdecydowanie przygnębia nas to, co znajdujemy w sieci.

Kolejne dni upływają na bolesnym i niepokojącym oczekiwaniu. Czasem Adrian odwiedza Kubusia, czasem zawozi do szpitala Paulinę. Na oddziale noworodkowym może być tylko jeden rodzic. Jest ciasno, krzeseł nie wystarcza dla wszystkich, chociaż takie twarde krzesło to prawdziwa tortura dla kobiety po porodzie. Adrian chętnie przebywa z synkiem, albo przynajmniej w pobliżu niego, bo zwykle Kubuś jest w inkubatorze i nie może go wziąć na ręce ani dotknąć. Zaskakujące jest, niestety na minus, że pielęgniarki są zdziwione widokiem taty na oddziale a niektóre nie są zbyt miłe dla niego. Zwykle nie ma wolnego krzesła, więc stoi i patrzy na synka, albo ukradkiem robi dla nas zdjęcia…

Kuba ma słabe płuca. W inkubatorze jest naświetlany ultrafioletem i ma podawany tlen. Już mamy informację, że jest lepiej, a potem okazuje się, że znów miał problemy z oddychaniem i potrzebna była tlenoterapia, potem antybiotyk.

Mijają dni, czekamy, nic nie możemy zrobić. Wreszcie podają termin wypisu. Paulina i Adrian jadą po synka do szpitala. A my w tajemnicy przygotowujemy w ich domu powitanie. Kolorowy papier, balony, serpentyny i sznurek. Wydrukowałam napis „Kubusiu witamy w domu” i zawiesiliśmy go razem z balonami i serpentynami na sznurku w salonie. Potem pojechaliśmy do nich zwieźć ich psa, żeby dziecko było w domu przed psem… Pies nie zauważył dziecka, bo spało; a Paulina i Adrian nie zauważyli naszych dekoracji, przez które musieli przejść wchodząc do domu…

Nasze pierwsze spotkanie. Stoimy z mężem i gapimy się na śpiącego w wózeczku malucha. Nie wiem jak długo… Kiedy się obudził, zapytałam nieśmiało, czy mogę wziąć go na ręce. Rodzice zezwalają. Moje dwa i pół kilo szczęścia w puchatym, białym kocyku:) Słodki, leciutki ciężar. Podobno noworodki widzą inaczej, nikt z nas nie pamięta jak, więc trzeba wierzyć naukowcom na słowo. Kiedy Kubuś spojrzał mi prosto w oczy, poczułam, jakby zajrzał mi w głąb duszy… wyrwał mi z niej większy kawałek serca, pozostawiając tylko resztkę niezbędną do życia. Nie myślałam, że mam w sobie jeszcze tyle miłości, że można kogoś pokochać tak bardzo mocno…

Szpital zlecił badania genetyczne, które miały potwierdzić lub wykluczyć wstępną diagnozę. Wynik mieliśmy otrzymać w ciągu kilku dni, do dwóch tygodni, ale w międzyczasie były święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, czas oczekiwania wydłużył się. Kiedy w styczniu 2019 nadeszła przesyłka z ośrodka genetyki, trzymałam właśnie Kubę na rękach. Paulina otworzyła kopertę, wyjęła pojedynczą kartkę. Kariotyp potwierdzał trisomię chromosomu pary 21, zespół Downa. Nie byłam zaskoczona, byłam spokojna. Chyba podświadomie to wyczuwałam, dostrzegałam pewne cechy, choć bardzo subtelne.

Mój maleńki chłopczyk, moje słoneczko, Kubuś:) Dzisiaj przytulę Cię i ucałuję. Pośpiewam Ci, choć nie jestem w tym zbyt dobra. Przytulę Cię do serca i ukołyszę w ramionach. Jestem z Tobą, czujesz? Kocham Cię… Jutro zaczniemy walkę o Twój dobrostan, załatwimy rehabilitację, już mamy wybrany ośrodek. Potem neurologopeda, logopeda i długa lista lekarzy specjalistów; na początek kardiolog, nefrolog, endokrynolog, neurolog, neonatolog, oczywiście też pediatra… ale to dopiero jutro. Dziś Cię jeszcze przytulę i ukołyszę, razem posłuchamy Twojej ulubionej pozytywki. Jestem z Tobą, kocham Cię… 

Agnieszka Lewczyńska

Jestem babcią i nie wstydzę się tego:)